Amorek


Andrzej Romocki (1923-1944), pseudonim: 'Morro'.

Urodził się w dniu 16 kwietnia 1923 roku w Warszawie, jako syn Pawła i Jadwigi z domu Niklewicz. Miał o dwa lata młodszego brata Janka 'Bonawenture', z którym należał do Grup Szturmowych.

Ojciec wywierał na całą rodzinę niezwykły urok. Owocem tej przyjaźni jest fakt drobny ale ważny: gdy trzeba było wybrać pseudonim konspiracyjny, Andrzej podał: 'Morro'. Był to pseudonim ojca z konspiracyjnych czasów poprzedniej generacji, utworzony z przestawienia dwóch pierwszych sylab nazwiska Ro - mo - cki. Dnia 28 czerwca 1940 roku ginie Ojciec - Paweł Romocki, zmiażdżony ciężarówką przez pijanego niemca. Po tragicznej śmierci ojca chłopcy pragnęli stać się jego kontynuacją, być działaczami społecznymi - żołnierzami. A matka? Z matką można było prowadzić nie kończące się "zasadnicze" rozmowy i dyskusje, była więc "równą" mamą.

Młody człowiek z każdym miesiącem okupacji coraz mniej interesował się swym wyglądem zewnętrznym, a coraz bardziej pogrążał w świat wewnętrzny, świat myśli. Fakty codziennej hitlerowskiej przemocy wywoływały mocne, gwałtowne pragnienie sprawiedliwości i prawdy. Nie wiadomo kiedy i jak, niemal z miesiąca na miesiąc, uroczy chłopiec przekształcał się coraz wyraźniej w gorliwego wyznawcę tych idei. Na stosunkach koleżeńskich ta Andrzejowa przemiana zaważy o tyle, iż dla przyjaciół Andrzej Morro stanie się niejako człowiekiem o dwóch duszach: miły kompan, wierny towarzysz - w pewnych chwilach zmienia się nagle w bezkompromisowego, twardego głosiciela prawdy. Andrzej - uroczy kolega, przyciąga i zespala, Andrzej - uporczywy realizator czystej linii postępowania tak, że wprawdzie pociąga niektórych, lecz zraża innych. Zwano go niekiedy Andrzejem Filozofem.

Przed wybuchem wojny był uczniem gimnazjum i liceum Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej. Nie zdążył zdać matury w dwudziestoleciu Polski niepodległej, trwającym po długiej niewoli, w latach 1918 -1939. Andrzej jest wyrobiony sportowo. Na przedwojennych międzyszkolnych zawodach zdobył pierwsze miejsce w skoku o tyczce. Był dobrym strzelcem. Dobrze i chętnie grywał w koszykówkę, siatkówkę i piłkę nożną. Dobra kondycja fizyczna stanie się w wojskowych perypetiach Andrzeja bardzo cenną oprawą dla jego wartości wewnętrznych. Połączenie tych dwóch cech dać może w okresie walki zbrojnej szczególnie korzystne wyniki. W wypadku Andrzeja tak właśnie się zapowiadało, gdyż charakter i umysł młodego człowieka nie były na niższym poziomie niż jego sprężystość mięśniowa. Zarówno małą, przedwojenną maturę, jak i maturę "wielką", robioną na konspiracyjnych kompletach, zdał na "bardzo dobrze" w 1941 roku. A pamiętać trzeba, że w tym czasie kierował mokotowskim środowiskiem organizacji samokształceniowej "PET", co w języku greckim oznaczało - przeszłość. To środowisko, podobnie jak żoliborski oddział "PET", przeszło później do konspiracyjnego harcerstwa męskiego, które było ukryte pod kryptonimem "Szare Szeregi".

Od 1942 roku, używając pseudonimu 'Morro', był drużynowym w hufcu 'Rudego' o kryptonimie "SAD" na Mokotowie. Niewinna ta nazwa stanowiła kryptonim wyrazów sabotaż i dywersja. W tym samym hufcu był również Janek Romocki 'Bonawentura'. Zaprzyjaźnił się z Rudym i z Zośką. Śmierć Janka wstrząsnęła nim.
W dniu 20 sierpnia 1943 roku jako wybijający się i uzdolniony drużynowy, zdał 'egzamin bojowy' w akcji "Sieczychy", kiedy to żołnierzom GS-ów wyznaczono atak na posterunek graniczny w ramach wykonywanej akcji "Taśma". W akcji zakończonej zdobyciem posterunku zginął tylko jeden członek grupy - oficjalnie obserwator akcji: 'Zośka'.

Śmierć 'Zośki' w Sieczychach zamknęła jeden i otworzyła drugi rozdział historii Warszawskich Grup Szturmowych. 10 dni po walce w Sieczychach 1 IX 1943 r. na miejsce dotychczasowego OS "Jerzy", do życia powołany został batalion, któremu na cześć poległego d-cy Grup Szturmowych Tadeusza Zawadzkiego, nadano nazwę "Zośka". W związku z odejściem "Agatu" do innych zadań, w macierzystej "Zośce" nastąpiła reorganizacja; 2 kompanię objął Andrzej 'Morro', a 3-cią - nowotworzoną - 'Giewont'.

Był o kilka lat młodszy od twórców Grup Szturmowych. Tamtych wojna zaskoczyła po pełnych maturach, jego - po "małej maturze". Był wysokim, postawnym chłopcem o jasnych blond włosach, niebieskich oczach i podłużnej, regularnej twarzy. Gdy Niemcy zajęli Warszawę i ludzie z konieczności zetknęli się z hitlerowsko-rasistowskimi teoriami, koledzy zaczęli pokpiwać, iż Andrzej jest typowym nordykiem. Próbował udowadniać, że nordykiem nie jest, gdyż tęczówki ma niezupełnie niebieskie, a na twarzy trochę piegów, których nie uwzględniają żadne rasistowskie charakterystyki czystych Germanów. Nie pomogło - koledzy, wyczuwając, iż trafili na "słaby punkt" Andrzeja, uporczywie głosili jego nordyckość. Nieszczęśliwy chłopiec dźwigał przez wiele pierwszych miesięcy okupacji tajemną udrękę swej nordyckości, aż po pewnym czasie przestali się tym interesować koledzy i zapomniał o tym sam Andrzej. Zapomniał tym łatwiej, iż teraz zaczęły docierać doń nowe głosy o jego wyglądzie - głosy dziewcząt. Że jest przystojny. Tylko wargi ma zbyt chłopięce, prawie dziecinne. Andrzej więc zaczął zastanawiać się, czy nie ma jakiegoś sposobu na nadanie im bardziej męskiego wyglądu. 'Morro' był dowódcą 2. kompanii "Rudy" do momentu żołnierskiej śmierci w dniu 15 września 1944 roku, w czasie Powstania Warszawskiego.

Kwatera powstańcza Andrzeja




Andrzej:

To nie fanaberie, to obowiązek - tłumaczył kolegom wahającym się, przemęczonym.

- Jeśli wyjdziesz cało z wojny, to cała twoja sława żołnierska i wszystkie osiągnięcia wojskowe okażą się od razu zamkniętą księgą. Staniesz się nieprzydatny. I jeszcze gotów będziesz winić za to innych! Że niby społeczeństwo zapomniało o bohaterach!


[ . . . ]


- Myślisz, że to było po raz ostatni zbiorowe morderstwo dziesiątków ludzi? - Nie wiem, jak będzie, ale chcę zrobić wszystko, co możliwe, aby to było po raz ostatni.

- I myślę, że wielu z nas, że Rudy, że Zośka, że ty, że może my wszyscy po to żyjemy i po to...


[ . . . ]


To prawda - jest wojna i nie wolno się rozklejać. Kto się rozklei, zginie. Tylko dzielni, umiejący przechodzić obok uderzającego piorunu z uśmiechem na twarzy, spychający ze świadomością nieszczęścia nawet najbliższych, tylko ci, wciąż twardzi, ufni i wierzący, mogą przetrwać i zwyciężyć w tej najokrutniejszej z wielkich gier.





Andrzej Morro przywołany do kompani krąży nachmurzony od drużyny do drużyny i coś sprawdza, coś przegląda. Gdy ujrzał Okurę z "Sadu", ogarnia go nowa fala irytacji. Okura stanął do powstania w krótkich, harcerskich spodenkach, łyskając gołymi kolanami. A Anoda? Jezus kochany, ten znów ma na głowie ułańską czapkę z barwnym otokiem. Ależ wojsko!


[ . . . ]


Między naszym sensem wojny i sensem wojny Trzeciej Rzeszy jest ta zasadnicza różnica, że oni walcząc o Niemcy walczą o panowanie nad innymi ludami, o władzę. A my walcząc o Polskę walczymy równocześnie o wolność narodu, o wolność w ogóle. To jest ogromna różnica, bo wolność jest jedną z najcenniejszych wartości człowieczych, a władza to moralnie rzecz zerowa.





- Wiesz, Piotr, przeżywam godziny słabości... nigdy siebie o to nie posądzałem... Dręczy mnie ogrom ofiar... I nieskuteczność tych ofiar...

To prawda, że z własnej woli dajemy życie w tej walce. Ale jakże drogo płacimy sami i ileż ginie istnień ludzkich, dla których nie ma nic cenniejszego nad życie. Czy krwawa ofiara świadomych i mimowolnych uczestników powstania nie jest jakimś monstrualnym nieporozumieniem?

Szaleństwem, w którym za wytwory wyobraźni, za ziarno zasiane nieodpowiedzialnymi uniesieniami poetów i polityków płacimy tym, co niepowtarzalne, jedyne - życiem własnym i mieszkańców miasta?


[ . . . ]


- Terroryzująca broń - dodał Piotr. Andrzej przytaknął. Obydwaj pomyśleli o Florianie-Jagielle, zastępcy Andrzeja, obok którego - gdy był na patrolu, padły pociski "szaf". Kiedy chłopcy po wybuchu podbiegli do Floriana, leżał na potrzaskanym asfalcie bez żadnej rany, bez obrażeń. Ale serce nie biło.





Ja w głębi samego siebie czuję i wiem, że powstanie było żywiołowym odruchem narodowej potrzeby przeciw terrorowi, przeciw poniewierce, przeciw śmiertelnemu wrogowi, który nas niszczył. I gdyby dziś, po tym wszystkim, co widziały na Woli i Starówce moje oczy, stanęła przede mną znów decyzja: iść do powstania czy nie, poszedłbym na nowo i wiem, że poszliby inni.

Gloria victis - chwała zwyciężonym - będzie kiedyś wyryte także na warszawskich cmentarzach powstańczych, jeśli ulegniemy w tej walce.


[ . . . ]


Ja wojsko traktuję podobnie jak Zośka. Czy pamiętasz nasze niekończące się rozmowy w początkach czterdziestego trzeciego, gdy zaczynaliśmy dywersję? Zośka mówił wtedy, że walkę kocha bardziej niż wojsko, że wojsko to tylko jedna z form walki, że podczas wojny z konieczności uprawia ten właśnie typ walki, lecz dopiero po wojnie wejdzie do walki naprawdę pięknej. Mnie ta postawa Zośki bardzo odpowiada. Podobnie jak Zośka kocham walkę w jej przejawach dzielności, braterstwa, bohaterstwa i marzę aby doczekać...





- Andrzeju, wyjątkowej wagi rozkaz: dziś w nocy będziemy przebijać się do Śródmieścia.

- Nie będzie to łatwe. Ale zrobić trzeba.

I rozładowując atmosferę skupienia dodał:

- Jak z tego widać na Starówce nie będzie Termopilów, przewidywanych przez moich chłopców. To się dopiero zmartwią! Roześmiali się.


[ . . . ]


- Nie strzelać! Starówka!

Krótka chwila ciszy, a potem - tumult radości rozsadzającej piersi

(...)

Gdy wreszcie wzrok przyzwyczaił się do światła, Morro ujrzał grupkę swoich chłopców przy beczce z wodą. Podszedł także, piekące pragnienie zagłuszyło wszystkie inne uczucia. Woda była brudna i cuchnąca, nie mógł się jednak powstrzymać od picia.

- Co robicie, to beczka przeciwpożarowa! Zaraz przyniesiemy czystej wody!

(...)

- Wyglądają strasznie - usłyszał Andrzej czyjś szept.

(...)

Stanęli w dwuszeregu. Odliczają. Pięćdziesięciu ośmiu - tylu ich przebiło się. Jedyny oddział, który dostał się ze Starego Miasta do Śródmieścia górą.

fragment meldunku sytuacyjnego kpta 'Jura' [ul. Królewska]



[ . . . ]


A pod zewnętrzną powłoką cierpień, walk i wyczerpania widnieją zwykłe postacie chłopców i dziewcząt z roczników zrodzonych przed siedemnastoma - dwudziestoma laty; niezgrabny i naiwny Słoń, gruba Grażyna, zwana Czołgiem; przystojny Leszczyc; dorodna, silna Lidka; wrażliwy chudzielec Czart; wysoki, postawny Andrzej Morro; niski, czarniawy Witold...

Ale twarze tej młodzieży są inne od twarzy miliona jej rówieśników i od ich własnych twarzy sprzed paru lat: posiadają jakiś wspólny im wszystkim wyraz, polegający jak się zdaje na lekkim ściągnięciu brwi ku środkowi i nieco ku dołowi oraz na silniejszym zwarciu pierścienia ust. Jest w tym jakaś ostrość i surowość, twardość i upór. Są to twarze młodych, którzy gwałcąc po wielokroć instynkt życia walczyli o wolność czyniąc i przeżywając rzeczy nieludzkie.

Kończył się jeden z ich najcięższych, ale i najsławniejszych dni.





- Dlaczego zawsze wysyłasz z meldunkami Grażynę? Masz przecie i inne łączniczki.

- Bo Grażyna jest gruba i wielka jak czołg - usiłował żartować Słoń - chcę, aby poszerzała sobą wąskie rowy łącznikowe.

Andrzej patrzył na Słonia bez uśmiechu. Ten zrozumiał.


[ . . . ]


Z tymi "bandytami" to rzecz skomplikowana. Boruta opowiadał taką przygodę: przed trzema dniami ich drużyna szła piwnicami; ludzie patrzyli spode łba i paru też mruknęło "bandyci", po dwóch godzinach Boruta wracał z nieudanego wypadku tymi samymi piwnicami; miał skrwawioną dłoń, a za nim niesiono na kocach ciężko rannego; ludzie wołali: "zrobić miejsce powstańcom", częstowali papierosami, wypowiadali życzliwe słowa.

Myślę, że przekleństwa spowodowane nadmiarem cierpień nie mogą stanowić ani oceny powstania, ani oceny na, żołnierzy powstania. Powinniśmy je wybaczyć tym nieszczęśliwym.





Wybiegli. Andrzej pierwszy, po nim trzech innych. Ukryci za oknami powstańcy widzieli Andrzeja, jak biegnie ku Wiśle (przyjęcie desantu berlingowców) z uniesioną flagą, cały w słońcu. Zniknął za białym domkiem. Wzmógł się ogień z najbliższego stanowiska niemieckiego.

- Dostał w serce... Cała pierś we krwi... Stali jak w ziemię wrośnięci.

Ręce ściskały kurczowo broń. Dławiło ich w gardłach.


[ . . . ]


Każde życie ludzkie jest bezcenne. I każdy z poległych towarzyszy Andrzeja Morro ofiarował życie narodowi. Ani mniej, ani więcej niż Andrzej. Ale śmierć Andrzeja była także ciosem w zespół. Andrzej bowiem stał się w toku walk powstańczych uosobieniem 'Rudego', nadzieją 'Zośki', wcieleniem ideałów szaroszeregowych.

15. IX. 44 na ulicy Solec zmarł raniony w serce dowódca kompani "Rudy" hm. kpt. MORRO - Andrzej Romocki. Lat 21, odznaczony VM V kl. i dwukrotnie KW.

Dom przy ulicy Wilanowskiej 1 - okolica śmierci Andrzeja


Do góry